Autor Wątek: Fortuna  (Przeczytany 3106 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline Tewam

  • Moderator
  • ***
  • Wiadomości: 217
  • Reputacja: +233/-66
  • Płeć: Mężczyzna
  • Pisarzyna =]
    • http://www.johncrazy.webpark.pl
  • GaduGadu: 1710502
  • Gildia: Smile Corp
  • Nick nKDR: Tewam, Lune
  • Nick rKDR: Zandu
Fortuna
« dnia: Czerwiec 15, 2007, 09:14:11 am »
No widząc, że ktoś tu jeszcze coś pisze... a co dziwniejsze czyta o.O No to reasumując i ja zamieszcze coś od siebie ;p




To co zostało spisane na tych stronicach wydarzyło się naprawdę. Czytajcie uważnie, gdyż nie chodzi mi bynajmniej o to, aby czytelnicy dali wiarę mym zapiskom, lecz o to by wyciągnęli z nich odpowiednie wnioski na przyszłość.

***************************************************

Krzyki handlarzy zagłuszały się nawzajem. Jedni sprzedawali świeże owoce a drudzy ekwipunek, jak twierdzili, pierwszego gatunku. Zdarzali się między nimi i tacy, którzy mocno przeceniali swoje towary czy też przykładowo zwykły miecz dwuręczny nazywali excaliburem.Jednakże na takich "spryciarzy" bardziej doświadczeni kupujący czy też życzliwa brać handlarzy prędko donosiła do miejskiej straży, a ci jako swoiste służby bezpieczeństwa panujące w mieście zamykali winowajców w zamkowych lochach. Tak właśnie wyglądała strefa handlowa Vackell, stolicy Imperium.

Kończył dzień jakich wiele można by zobaczyć w takim miejscu. Jednak tym co wyróżniało go spośród innych był fakt, iż to właśnie w tym dniu znajdowała się tam pewna grupa krasnoludów przybyłych z odległych Gór Pleroi. Składała się ona z czterech brodatych, krępej budowy mężczyzn. Wyruszyli oni ze swojej wioski na coroczny zakup towarów, których w swoich kopalniach czy leśnych ostępach zdobyć nie mogli. Brakowało im między innymi przyprawy takie jak gałka muszkatołowa czy pieprz. Jednakże głównym zadaniem jakie mieli wykonać w mieście, była sprzedaż wyrobów rzemiosła, w jakim krasnoludy specjalizowały się od wieków - rynsztunku. W swoim drewnianym wozie mieli zaiste kunsztowne wyroby: od krasnoludzkich młotów obitych skórą trola po kolczugę łańcuchową wzmocnioną naramiennikami ze smoczej łuski. Na widok takich wspaniałości niektórym handlarzom, którzy wysławiali głośno swoje towary, głosy zamierały w gardłach, a oczy przesłaniała mgiełka chciwości i pożądania.

Poprzez tłoczne ulice wóz toczył się dosyć powoli. W końcu dotarł on do jednej z tańszych gospód w okolicy. Strzecha dachu zwisała uszkodzona wiatrem, wyblakła od słońca i deszczu. Mury tego "szlachetnego" budynku również naruszył ząb czasu. Natomiast nad drzwiami wejściowymi wisiał równie wyblakły co strzecha szyld z napisem głoszącym "Pod pijanym psem - najlepsza karczma w mieście". Pierwszy z krasnoludów Andarand ściągnął mocno lejce. Obydwa konie zarżały radośnie, ponieważ zrozumiały, iż czekał je teraz należyty odpoczynek po tak długiej drodze. W tym miejscu można by przejść do dalszej części tej historii, jednak uważam, że warto wspomnieć o wyglądzie zwierząt ciągnących dobytek krasnoludów. Były to dość charakterystyczne stworzenia dla stron z których nasi bohaterowie pochodzili. Wzrostem przypominały bardziej psa, a tym co różniło je najbardziej od zwykłych koni było nadzwyczajne owłosienie. Wóz wyglądał więc nieco pociesznie ciągnięty przed dwie niemalże metrowe futrzane kulki. Wracając jednak do głównego nurtu opowiadania, trzeba zaznaczyć słowa Andaranda do swoich towarzyszy, które brzmiały mniej więcej następująco:
- Drodzy towarzysze! Dotarliśmy do celu naszej podróży - tu pociągnął nieznacznie nosem, chcąc jakby przedłużyć chwile swojej mowy czy też wprowadzić pauzę zwiększającą znaczenie wypowiedzi - Jak wiecie dzień targowy jest dopiero jutro, i chociaż moglibyśmy spieniężyć nasz dobytek nawet dziś, to myślę, że jutro osiągniemy większe ceny.
Pomruk potwierdzenia przeszedl przez trzech pozostałych krasnoludów, co z ukontentowaniem spostrzegł Andarand, po czym kontynuował swój wywód:
- Tak więc we trzech zatrzymamy się w gospodzie, natomiast Ty Katiri zostaniesz by chronić nasze skarby.
Słysząc te słowa tęgi krasnolud w cieżkiej płytowej zbroi podniósł z góry przedmiotów nabijany gwoźdźami wielki młot, którego nieco starty trzonek świadczył o częstym użytkowaniu broni. Lekko marszcząc przecięte blizną czoło podniósł go tak jak gdyby nic nie ważył i zarzucił na swoje mocarne ramię. Chwycił za uzdę jednego z koni i zaciągnął cały ten majdan do stajni.

Tymczasem drzwi do tawerny skrzypiąc rozstąpiły się. W wejsciu ukazały się trzy niskie sylwetki. Poprzez dym tytoniowy zalegający w pomieszczeniu można było dojrzeć poszczególne rysy wchodzących. Po lewej stronie szedł Gamart, najmłodszy z przybyłych krasnoludów. Jego zarost był kruczo czarny, gęste wąsy zasłaniały pół twarzy. Niebieskie oczy rozglądały się z wyraźnym zaciekawieniem po okolicy, ponieważ była to jego pierwsza wyprawa poza obszar wioski i kopalni. Po prawej zaś stronie znajdował się Ugand zwany również Rudym Skarbnikiem. Twarz miał przesianą gęstymi zmarszczkami, mimo iż nie był jeszcze w sile wieku. Rude włosy były dość równo przystrzyżone, nie licząc wielkiej brody, która była przecież oznaką honoru krasnoluda. Całą trójkę wieńczyła postać Andaranda. Siwa broda sięgała niemal kolan starca. W szarych oczach widać było wiedzę i zimne wyrachowanie. Prawdopodobnie z powodu tego wzroku dostał przydomek Stalowy. Mimo duszności, żaden z przybyszów nawet nie zakaszlał. Ich płuca były przyzwyczajone do kopalnianego pyłu czy zaduchu panującego w kuźni. Chociaż sala była pełna, to w rogu pomieszczenia stał pusty stół dla podróżników. Trójka bohaterów rozsiadła się przy nim, na tyle szeroko, że chociaż stół zbudowany był dla pięciu osób to nie zmieściłby się tam nikt więcej. Szynkarz powoli odszedł od lady i stanął przed przybyłymi. Wiedział on jakie bogactwa z reguły posiadają krasnoludy, ale wiedział również o tym, ile trudu trzeba by je od nich wyciągnąć. Na jego łyse czoło wstąpiły krople potu, a dłonie zwarły się w nerwowym splocie.
- Czego sobie szanowni wędrowcy życzą? - wysapał z wysiłkiem - Mamy dobre piwo, duszoną wieprzowinę oraz wyborne apar.. apart... ekhm... pokoje.
Tu opuścił na chwilę głowę speszony zapomnianym słowem. Ugand i Gamart spojrzeli na Andaranda ponieważ to on jako najstarszy z obecnych wiekiem i doświadczeniem miał decydujące zdanie we wszystkich sprawach. A on chwilę przeczekawszy powiedział:
- Jeżeli to piwo jest naprawdę takie dobre, to chyba grzechem by było gdybyśmy nie zanużyli w nim naszych skołowaciałych języków - tu mlasnął nieznacznie - Jedno piwo winno też trafić do waszych stajni gdzie czeka nasz strudzony towarzysz. Co do jedzenia to obędziemy się bez niego, ponieważ sami mamy znaczne jeszcze zapasy. Wracając do owych apartamentów - kładąc akcent na to słowo spojrzał przenikliwie na właściciela gospody - to chętnie wynajmiemy jeden z nich na jedną noc.
Krasnolud wyciągnął zza pazuchy mieszek wypełniony po brzegi złotym kruszcem. W oczach właściciela zabłysły ogniki chciwości, jednak wzrok Andaranda prędko je zagasił, przez co stłamszony karczmarznie nie oszukał ich w cenie tak bardzo jak by tego chciał. Bardzo szybko na stół doniesiono piwo, ponieważ powszechnie wiedziano, że krasnolud, gdy musi wyzbyć się swoich pieniędzy, staje się nieprzyjemny. Gdy postawiono przed nimi trzy kufle bursztynowego piwa, z którego piana obficie wypływała po ściankach, "Stalowy" pierwszy sięgnął po kufel, po czym przechylił go próbując pierwszy łyk. Wykrzywił się i cicho mruknął:
- Chociaż ładnie wyglądało...
Z równą dezaprobatą trunek spotkał się u pozostałych krasnoludów:
- Gdyby Josef Bugman spróbował tutejszych wyrobów, to by się chyba na miejscu zabił - stwierdził Ugand.
- Nie wymawiaj imienia tak znamienitego piwowara przy tej lurze - odstawiając kufel odrzekł Gamart.
Dopiwszy jednak do końca Andarand wstał i bez słowa udał się do wskazanego wcześniej przez własciciela pokoju. Mimo jeszcze dużej krzepy, jego stary organizm domagał sie odpoczynku. Nie był on w stolicy pierwszy raz - przeciwnie, dowodził wyprawą już około trzydzieści razy. W chwili gdy ujrzał wnętrze przydzielonego im pomieszczenia zaczął żałować swojego skąpstwa.
Zapach stęchlizny panował w każdym kącie, po podłodze biegał karaluch zwabiony gnijącymi resztkami jedzenia. Jako łóżka na ziemi leżały przeżarte przez mole koce, a jedyne okienko skierowane było na karczemny śmietnik. Jednak strzec widział już znacznie gorsze miejsca, a że nocleg był już opłacony, ani myślał o zmianie lokum. Rozganiając karaluchy położył się na swoim kocu zasypiając snem czujnego, gotowego na wszystko wojownika...

*************************************************************

W tym samym czasie dwaj towarzysze Andaranda zdecydowali się jednak na jeszcze parę piw. Przy każdym kolejnym narzekali na jego smak coraz bardziej. Po dziesiątym kuflu Gamart nie wytrzymał i zapadł w pijacki sen. Tylko na to czekał Ugand, który właśnie w tym celu spożywał podwawany trunek. Wstał od swojego stołu i rozejrzał się po sali. Wyszukiwał wzrokiem bogatego osobnika, którego mógłby obrobić w swojej namiętności - hazardzie. Wreszcie dostrzegł dobrze ubranego w czarny strój mężczyznę siedzącego przy małym stoliczku dla dwóch osób. Przez chwilę miał dziwne wrażenie, że ich wzrok spotkał się, lecz nie zważając na to krasnolud śmiało udał się do swojej przyszłej ofiary. Gdy już stanął obok siedzenia zapytał niedbale:
- Może zechce pan spróbować powiększyć swoją fortune, stawiając ją w mojej grze - po tych słowach wyciągnął trzy kości i położył je na blacie. Szpakowaty elegant nieznacznie poruszył francuskim wąsikiem i zapraszającym gestem wskazał krzesło. Rudy brodacz zasiadł i obydwaj gracze wyciągneli mieszki ze złotem. Prędko ustalili sposób gry - dwadzieścia rzutów trzema kośćmi, a wygrywa ten kto zdobędzie w finale więcej oczek. Pierwsze rzuty szły wyraźnie na korzyść "Skarbnika", co więcej ośgłaszał to całej tawernie radosnymi okrzykami. Tak więc, grę obserwowała już cała gospoda. Krasnolud widząc, że jegomość z którym gra posiada więcej niż jeden mieszek ze złotem, w trakcie gry zaproponował powiększenie stawki o mieszek Gamarta. Nieznajomy zgodził się niemalże z taką łatwością, z jaką Ugand go ogrywał przy każdym kolejnym rzucie. W tłumie gapiów dało się usłyszeć szemr zdziwienia - okazało się, że bogaty człowiek nazywał się Tunadmach i był znanym w mieście hazardzistą, który podobno nie przegrywa. Tym większa była przyjemność z gry dla Uganda. Słyszał za sobą szepty zdumienia, a po bokach uznania. Przy piętnastym rzucie różnica punktacyjna była już oszałamiająca, a co jeszcze bardziej zdziwiło publiczność - elegant zaproponował prawie cztero krotne podwyższenie stawki. Będąc już pewien zwycięstwa krasnolud zdecydował się na desperacki krok i postawił wóz z końmi wraz z zawartością do stawki. I na to chyba czekała fortuna... Tak jak łatwo przyszła, tak samo łatwo opuściła rudego hazardzistę. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki elegant wyrzucał po trzy szóstki, natomiast niedoszły zwycięzca po trzy jedynki. W chwili ostatniego rzutu niektórzy przysięgali, że można było poczuć ostry zapach siarki. Kości ze stukotem potoczyły się po powierzchni stołu, ukazując kolejne trzy małe kropki na trzech kostkach. A więc stało się... Ugand nie sam nie wierzył w to co widział. Jego oczy w jednej chwili straciły wszelką nadzieję, radość czy fantazję. Jaskrawa niedawno zieleń w mig zmatowiała, a czarne źrenice skurczyły się na widok zagarnianych przez Tunadmacha bogactw. Nieszczęśnik w mig zrozumiał, iż całe to zajście było z góry ustawione. Bowiem skąd w takiej melinie miał znaleźć się tak bogaty człowiek, który na dodatek miał przy sobie takie pieniądze. Wszelka witalność zdawała się opuszczać jego ciało, pozostawiając jedynie bezduszną powłokę tkwiąca w bezlilnej porażce. Tłum gapiów porwał go wręcz do stajni, gdzie elegant chciał otrzymać pełną wygraną.

*******************************************************

Katiri już z dala słyszał nadchodzący gwar. Nie mógł sądzić, że złodzieje mogą nadchodzić z takim hałasem, więc uznał, że jest to widocznie grupa pijaków którzy zbłądzili z karczmy. Mimo wszystko dziarsko dzierżył w swoich dłoniach młot na wypadek przymusu ochrony krasnoludzkiego majątku. Drewniane wrota rozwarły się, wpuszczając do wnętrza budynku snop księżycowego światła. Jednak ta urokliwa chwila nie trwała długo - przez wejście wbiegł tłum ciągnący z sobą Uganda. Katiri szybko podniósł młot w górę, by być gotowym do zadania ciosu. Na ten widok do przodu wystąpił elegant i z pewną ironią w głosie powiedział:
- Ależ mój drogi... Nie musisz własnym ciałem ochraniać tego co moje.
Wojownik nie mógł zrozumieć o co chodzi, nie opuścił więc gardy a nawet bardziej się nasrożył.
- Być może zdziwi cię wiadomość, którą ci teraz przekażę - kontynuował Tunadmach - ale to co jest w tych wozach wygrałem w kości z tym oto krasnoludem - po tych słowach wskazał na stojącego w ciszy "Rudego Skarbnika". Dla prostego wojskowego rozumu to było już zbyt wiele. Niedawny strażnik spojrzał jedynie pytająco na Uganda, wciąż mając nadzieję, że ten zaprzeczy. Jednak przegrany hazardzista wyciągnął jedynie swój sztylet i jednym cięciem odciął sobię wspaniałą brodę, symbol krasnoludzkiego honoru. Pukle rudych włosów spadły na ziemię, a rudzielec wyszedł powolnym krokiem ze stajni idąc bezmyślnie przed siebie. Wiedział, że nie jest już godzien, by powrócić do wioski czy chociażby zostać ze swoimi towarzyszami niedoli. Tymczasem elegant wraz z kilkoma pomocnikami z zadowoleniem rozpoczął przegląd zawartości wygranego wozu.

*****************************************************************

Gamart powoli otwierał oczy. Powieki ciążyły mu jak ołów, a w głowie huczało jak gdyby stu górników biło tuż obok kilofami. Zamglone przed chwilą kształty nabierały wyrazistości. Powoli przypominał sobie ostatnie wydarzenia. Widząc przed sobą stojące puste kufle cicho zawołał:
- Karcz... - tu słowa uwięzły mu w gardle. Spostrzegł bowiem, że nie ma czym zapłacić za piwo. Jego sakiewka znikneła! Gorączkowo począł szukać jej na podłodze czy też między leżacymi na stole kuflami, lecz nigdzie jej nie było. Drugim zastanawiającym go faktem był brak kogokolwiek wewnątrz oberży. Nie wiedząc co się dzieje postanowił sobie zapytać o radę Andaranda. Powoli wczłapał się po stromych schodach na piętro, gdzie miał znajdować się ich pokój. Gdy wreszcie stanął przed drzwiami, zobaczył że są uchylone. Nieśmiało i z bijącym sercem wszedł do pomieszczenia. To co zobaczył było dlań stokrotnie większym szokiem niż wszystko to co do tej pory przeżył. Starzec leżał na ziemi martwy, z wbitym w szyję sztyletem. Z palców zdjęte miał pierścienie, a cały kruszec jaki miał ze sobą również zniknął. Podarte ubranie czy też ślad krwi na podłodze świadczyły o tym, że nie poddał się bez walki. Cały świat młodego krasnoluda zdawał się właśnie zawalić. Delikatnie przymknął stężałe oczy, przy czym zauważył, że ciało było jeszcze ciepłe. Wyszarpnął więc zza pasa swój miecz i zaczął uważnie wsłuchiwac się w odgłosy nocy. Prędko uświadomił sobie, że gwar jaki doszedł jego uszu pochodził ze stajni - miejsca w którym trzymali resztę swojego bogactwa. Nie zważając już na nic, lecz targany wątpliwościami, pognał prosto do wozu. W chwili gdy wszedł do wnętrza budynku ujrzał jak gromada ludzi przegląda ich dobytek, a Kitari stoi wśród wielkiego tłumu ludzkiego. Niezbyt jeszcze trzeźwy umysł Gamarta prędko wyjaśnił sobie zaistaniałą sytuacje. Oto ludzie z gospody pokusili się na ich majątek - zabili Andaranda oraz zapewne Uganda, którego nigdzie nie było widać. Kitari nie mógł obronić się sam przed tak wielim tłumem. Pod wpływem bohaterskiego impulsu Gamart rzucił się z wrzaskiem na grabieżców tnąc każdego, kto tylko mu się pod ostrze nawinął. Lecz ledwo zasiekł drugiego przeciwnika, sam Tunadmach znalazł się za jego plecami z podniesionym do góry rapierem gotowym do morderczego pchnięcia. Jednak to powstrzymał swoim wielkim młotem Kitari, nie mogąc bezczynnie patrzeć na walkę towarzysza i jego pewną śmierć. Tam gdzie uderzał swoim młotem, tam trup ścielił się gęsto. Trzask łamanych kości mieszał się z krzykiem rannych i umierających. Katiri czuł się w swoim żywiole. Nie bez powodu nazywano go Katiri Miażdzący Grzmot. To on jednym ciosem w głowę zakończył żywot smoka, który starał się zadomowić w ich kopalni. Z każdym kolejnym uderzeniem zatracał się coraz bardziej w walce. Krew, odłamki kości czy też słowa proszących o litość spływały po nim jak woda. Jego furia stała się tym zacieklejsza, iż mimo jego starań Gamart został zabity. Tłum walczących powoli odstępywał od wijącego swoim młotem krasnoluda. Nagle z ostatnich szeregów dało się usłyszeć dzwięk naciąganych cięciw. Niemalże w tej samej chwili ciało wojownika przeszył około tuzin strzał. Usta nabiegły mu krwią, nie mógł złapać oddechu, oczy zasnuła mgła śmierci... Raz jeszcze spojrzał na gwiaździste niebo i księżyc widoczny przez otwarte wrota stajni. Potem zgiął się w pół i chowając swoją ukochaną broń pod siebie wydał ostatnie tchnienie. Tłum "wojowników" powoli podszedł do leżącego ciała i jak stado hien czy sępów ograbili je do szczętu.

*******************************************************************

Ugand powoli szedł po brukowanej białym kamieniem drodze. Wciąż pamiętał czas, kiedy tą samą drogą wjeżdżał do stolicy wraz ze swoimi towarzyszami. Teraz to wielkie miasto zostało za jego plecami. Był teraz najniższym w hierachii krasnoludzkiej. Jego jedynym celem było obecnie poszukiwanie godnej śmierci w walce z trolami czy smokiem. Nie poznał już losu swoich kompanów. Nie dowiedział się również, że karczmarz wykupił sobie nową tawernę. Nie usłyszał również więcej o swoim kościanym przeciwniku ani o jego kolejnych sukcesach. Raz jeszcze odwrócił się w stronę zabudowań, i chyląc się jakby przed ich wspaniałością położył na jednym z kamieni trzy nieszczęsne kostki. Chwile jeszcze patrzył w dal starając się odgadnąć przyszłość, lecz żadne olśnienie nie nastąpiło. Rozpoczęciu jego drogi towarzyszył znak budzącego się dnia, wschodu słońca...
« Ostatnia zmiana: Czerwiec 15, 2007, 09:16:15 am wysłana przez Tewam »

Offline Jitsu

  • Wiadomości: 382
  • Reputacja: +1/-4
  • [実]
Odp: Fortuna
« Odpowiedź #1 dnia: Czerwiec 15, 2007, 11:57:09 am »
Powiedziałbym że przeszedłeś samego siebie, ale pewnie by Ci sie od tego w głowie poprzewracało ;3

Offline lilithus

  • Wiadomości: 21
  • Reputacja: +0/-0
  • Płeć: Kobieta
  • icky thump.
Odp: Fortuna
« Odpowiedź #2 dnia: Czerwiec 15, 2007, 02:49:07 pm »
Dość poprawne. Ale imo mało wciągające ;p

Offline Blue Red

  • Wiadomości: 45
  • Reputacja: +0/-0
  • Płeć: Kobieta
  • "Peace, love and lol ... to everyone!~" ^^
Odp: Fortuna
« Odpowiedź #3 dnia: Czerwiec 15, 2007, 06:35:05 pm »
Dobry tekst. Nie jest wybitny i genialny, ale dobry - owszem. Mnie się tam podobał :)

Zwróć uwagę na interpunkcję (w kilku miejscach dajesz np. przecinek przed "i". Nawet przy zdaniu wtrąconym tego przestrzegaj i dawaj przecinek PO tej literce). Wrzuć cały tekst do Worda i przypatrz się wyrazom, które masz podkreślone - zazwyczaj poprzez literówki, a to "a" zabraknie, a to zapomni się alt-a gdzieś wcisnąć.
Staraj się częściej wciskać Enter. Takie długie akapity trochę męczą oczy, a przy kolejnych wątkach zawsze warto robić przerwę (no i można też urozmoicić akcję dodatkowymi komentarzami  ;D ).
Hm. Gdzieś tam mi mignęło "słowa Andaranda do swoich towarzyszy, które brzmiały mniej więcej następująco:" . Ten tekst to ma być coś jak relacja? Że autor nie ma pewności, jaki tekst padł z ust bohatera? Nie uważałabym to za jakiś ciężki błąd, określam sobie rodzaj dzieła ;).
Na koniec - jak skończysz czytać tekst, przeczytaj go dokładnie z kilka razy. Zawsze można jakiś błąd wyłapać i jeszcze naprawić.

Dobra ... skończę chyba. Może mój komentarz jakoś Ci pomoże w dalszym pisaniu. Ale ogólnie - tekst jest całkiem całkiem.

Pozdr.

Offline Jitsu

  • Wiadomości: 382
  • Reputacja: +1/-4
  • [実]
Odp: Fortuna
« Odpowiedź #4 dnia: Czerwiec 15, 2007, 06:42:16 pm »
lol

Wypomnianie Tewowi interpunkcji O.o

www.umieraj.pl? xDxDxDxD

Offline Blue Red

  • Wiadomości: 45
  • Reputacja: +0/-0
  • Płeć: Kobieta
  • "Peace, love and lol ... to everyone!~" ^^
Odp: Fortuna
« Odpowiedź #5 dnia: Czerwiec 15, 2007, 06:52:11 pm »
Jakoś żyję.

Mnie dotknął ostatnio komentarz, że mało czytam książek. Z moją biblioteczką ... Ekhm. Może klątwa niestosownych opinii się szerzy? :P

No cóż. Niektóre przecinki leżą w złym miejscu albo też ich po prostu brakuje. Drobiazgi, które nie są grzechem ciężkim, ale jednak warto je poprawić. Estetyka rox (K. sux, nawyk xD).



« Ostatnia zmiana: Czerwiec 29, 2010, 03:32:31 pm wysłana przez My way »